Przeskocz do treści

fragment



***
Ceremonia dobiegała już końca. Wiatr szemrał wśród koron drzew, powodując co chwilę deszcz kolorowych liści, który spadał na głowy zebranych. Promienie zachodzącego za Fuji san słońca oznaczały swoim blaskiem te migoczące zwiastuny jesieni. Z świeżo rozkopanej mogiły pachniało mokrą ziemią. Przynajmniej nie padało, jak ostatnim razem. Wspominając tamten pogrzeb, Jane stała cicho dwa kroki za Junichim. Smutek nie tylko malował się na jej twarzy, ale ogarnął także jej umysł i serce. Przez krótką wprawdzie znajomość zdążyła polubić tę dziewczynę. To ogromna strata. Juni był załamany. Nie tylko stracił świetną policjantkę, ale przede wszystkim przyjaciółkę. Ufał jej bezgranicznie. Przeżywał to po swojemu, teraz już wyciszony i spokojny, bo poprzedniej nocy Jane pozwoliła mu wypłakać się w jej ramionach. Niczym małemu, opuszczonemu, doświadczonemu ciężko przez życie chłopcu. Potem się kochali. Powoli i czule. Coś zmieniło się między nimi w tę noc. Jane wyraźnie to czuła. Ciekawe czy on także? Teraz spoglądała na niego zmartwiona jak sobie z tym wszystkim poradzi. Junichi wpatrywał się tępym wzrokiem w kapłana, który skończył odprawiać modły.
- Komendancie? Chciałby pan coś powiedzieć o zmarłej?
Kazuhiro nawet nie drgnął. Jakby nie słyszał co mówi lub był myślami daleko stąd. Jane podeszła do niego. Dotknęła lekko ramienia mężczyzny.
- Juni?
- Tak? – Odwrócił się ku niej, potem spojrzał na kapłana.
Ten podał mu urnę z prochami. Kazuhiro przejął ją z drżeniem dłoni. Jane, by dodać mu otuchy oparła głowę na jego ramieniu. Spojrzał na nią, a potem na ceramiczną urnę. Łzy zalśniły w jego oczach.
- Ja… chciałbym tylko…
Nagły huk wystrzału zaskoczył zebranych. Urna w dłoniach komendanta rozprysła się na kawałki, a prochy wystrzeliły w górę, obsypując Jane i Junichego. Ludzie zaczęli krzyczeć i uciekać w panice.
- Ktoś strzelał?!
- Ratunku!
- Pomocy! Chyba krwawię!
Zrobił się taki szum i harmider, że obecni na pogrzebie policjanci sami nie wiedzieli co zrobić. Niektórzy wyciągnęli broń, niektórzy przykucnęli czy kładli się na trawie. Kapłan ze strachu rzucił się na ziemię. Gdyby nie okoliczności, mogłoby się wydać nader zabawnym, że zaorał nosem w usypany kopiec brunatnej ziemi tuż przy świeżej, pustej jeszcze mogile. Kazuhiro po chwili zdumienia otrzepał pył z dłoni. Ceramiczne resztki urny walały się u jego stóp.
- Wszystko ok? – zapytał Jane, która stała i z trudem łapała oddech.
Junichi wyjął chustkę, by otrzeć jej twarz i w tym samym momencie padł drugi strzał. Oboje pochylili się nisko. Policjanci rozbiegli się, by pomóc żałobnikom dotrzeć bezpiecznie do samochodów. Odruchowo zasłonił dziewczynę ramieniem.  Nikt ich nie osłaniał teraz. Ktoś wciąż krzyczał. Junichi wyprostował się ostrożnie.
- Jane?
- Ok… ok… nic mi nie jest – wyszeptała, podnosząc głowę. – Na szczęście chybił! Tam! – wskazała na pobliski pagórek.
Wśród kępy krzaków, zza starego nagrobka widać było czyjąś głowę. Złowieszczo błysnął blask celownika.
- Tam ktoś się czai!
- Zostań tu! – rozkazał.
Rzucił się w tamtym kierunku, wyjmując broń zza pazuchy. Na szczęście zawsze, nawet pod garniturem miał kaburę z pistoletem. Biegł zygzakiem, tak jak go uczono na szkoleniach, by ustrzec się przed kolejnym strzałem. Jane pobiegła jego śladem, nie zważając na wcześniejsze polecenie. Oddech przyspieszał, a w płucach czuła dziwne kłucie, kiedy łapała powietrze. Szpilki które założyła rano też nie ułatwiały biegu. Zatrzymała się więc na chwilę, by je zdjąć. Potem po nie wróci. Sucha, ostra trawa kłuła ją w stopy obleczone w cienkie rajstopki. Spojrzała za Junim. Był kilka metrów przed nią. Nagle zza nagrobka poderwała się postać ubrana na czarno i zaczęła uciekać w stronę pobliskiej ulicy. Jane z trudem dogoniła komendanta. Biegł jednak dalej, słysząc za sobą oddech dziewczyny. Odwrócił się.
- Kuso! Kazałem ci tam zostać!
- Szybko, tam! – wskazała. - Biegnie do muru.
Faktycznie ciemna postać biegła co sił w nogach ku niskiemu, murowanemu ogrodzeniu, które z tej strony otaczało cmentarz. Gdy tam dobiegli, facet już wskakiwał do czarnego vana bez numerów rejestracyjnych. Auto odjechało z piskiem kół.
- Kuso!!!!!!!!- ryknął Junichi na cały głos.
Jane dysząc oparła dłonie na kolanach. Kiedy się pochyliła fala torsji podeszła jej do gardła. Pył z urny miała dosłownie wszędzie. We włosach, oczach, nosie i ustach. Oraz na markowym kostiumie od Diora. Chyba nawet w gardle i płucach. Na myśl, że to prochy zmarłej Noriko zwymiotowała na przyrudziałą trawę. Junichi też był cały w szarym pyle. Nie czuł się z tym zbyt komfortowo. Nie tylko z powodu zbeszczeszczenia prochów jego byłej partnerki, które oboje mieli na sobie, ale z powodu ucieczki mordercy.
Ktoś do nich strzelał z zamiarem zabicia jednego z nich. I to w miejscu publicznym jakim był cmentarz, na dodatek na pogrzebie biednej Noriko. To było zaplanowane. Kto wiedział, że oboje tam będą? Pytanie kto był celem? On czy ona?
- Dobrze się czujesz? – zapytał dziewczynę, która waśnie ocierała usta chusteczką.
Była bledsza od białych hortensji które zdobiły wieniec pogrzebowy, zamówiony przez kolegów z komisariatu.
- Nie… - odrzekła cicho – wydaje mi się, że mam jej prochy wszędzie. Nawet w uszach.
Juni spojrzał po sobie, a potem znów na nią. Oboje wygadali jak kocmołuchy.
- Przynajmniej będzie z nami zawsze – stwierdził, nic złego sobie przy tym nie myśląc.
Był wyczerpany nie tylko pogonią, ale i całym tym dziwnym dniem. To, że ktoś dybał na ich życie przelało czarę. Jego i jej. Jane roześmiała się, a potem rozkasłała. Śmiała się jak szalona, by po chwili szlochać spazmatycznie.
- Ktoś do nas strzelał, do diabła!
Łzy na jej policzkach rozmazywały szarawy pył. Wyglądała okropnie.
- No wyobraź sobie zauważyłem! Na szczęści chybił.
Junichi podał jej chusteczki, ale nie przyjęła ich. Usiadła wprost na trawie jak rażona prądem. Ogromny ból przeszył jej prawy bok. Przyłożyła dłoń w miejscu gdzie najbardziej zapiekło.
- Jun… ni… - jęknęła, gdy dłoń którą wyciągnęła ku niemu zbroczyła krew. – Chyba jednak trafił! – stwierdziła nim bez przytomności osunęła się w szeleszczące liście.