Przeskocz do treści

Trylogia Uczuć


ONA
Mogłoby wreszcie popadać – pomyślała – albo jeszcze lepiej, mogłaby być burza! Ann westchnęła tęsknie, spoglądając na niebo. Wracała właśnie do domu z wydawnictwa, przez zatłoczone jak zawsze i o każdej porze dnia i nocy miasto. Tego dnia, mimo, że lato zbliżało się ku końcowi panował uciążliwy skwar. Wszystkim dał się we znaki. Nadchodził wieczór, ale znikąd ulgi. Zamyślona, mijała obojętnie ludzi na ulicy. Marudne dzieci w wózkach czy na rowerkach, osowiałe matki drepczące za nimi, starszych ludzi, ledwo idących krok za rokiem, tak, że mijając ich od razu chciała wykręcić 911. Sama też już miała dość. Nie lubiła upałów. Żar lejący się z nieba był, nawet tu, w Japonii czymś niezwykłym o tej porze roku. Wilgotność powietrza sięgała w porze monsunowej nie raz i 90 procent, a temperatura lansowała się pomiędzy 30 stopni, a nawet więcej. W klimatyzowanych pomieszczeniach nie było to tak drastycznie męczące, ale może właśnie dlatego, kiedy wyszło się na zewnątrz, ciepło waliło z nóg, niczym obuchem. A dziś to już pewnie oscylowało w granicach 40. Na dodatek tłumy na ulicach, nagrzane szklane domy, asfalt i beton nie dawały grama ochłody. Coś jej mówiło, że nie tylko ona, mieszkająca tu przecież od nie tak dawna, tak odbiera dzisiejsza pogodę. Coś wisiało w powietrzu, coś na kształt burzy, choć obłoki na niebie sunęły na razie leniwie i nawet bryza znad oceanu nie przynosiło ochłody. Idąc na metro, musiała przejść przez największe skrzyżowanie w Tokio, słynne Shibuya, gdzie tłum zdawał się kilkakrotnie gęstszy, niż po drodze. Zatęskniła za Kioto. Za niskimi domkami w dzielnicy gejsz- Gion, za zapachem rozgrzanego drewna, z którego były zbudowane. Za zielenią i chłodnym wietrzykiem. Za pięknem tego miejsca i… za Nim! Idąc do stacji metra, odruchowo i z nadzieją spojrzała w niebo. Na wschodzie kłębiły się już burzowe chmury. Nareszcie! Niebo było szaro srebrne, ale gęste, groźne obłoki – granatowe. Przywodziły na myśl niezwykły kolor jego oczu. Serce zacisnęło się w bolesnym skurczu. I nagle, na najbardziej zatłoczonym skrzyżowaniu świata, pośród tłumu ludzi, poczuła to! Znajomy zapach piżma i cedru, kojarzący się jej z tylko jedną, jedyną osobą. Code – Giorgio Armani! To był jego zapach, zbyt dobrze jej znany! Wspomnienia, być może niechciane, jak rozpędzony Shinkansen wtargnęły gwałtowne do jej serca.
Tamte noce, tak inne, tak pełne nieokiełznanej namiętności. Jego ciemniejsza w karnacji, apetyczna skóra pachniała tak właśnie, kiedy sunąc ku naznaczonym wytrenowanymi mięśniami, seksownie napiętym na brzuchu, rozpinała gorączkowo jego dżinsy. Chłonąc wszystkimi zmysłami jego obecność. Ten cudowny zapach, tak charakterystyczny, że dla niej kojarzył się tylko z nim. Z tym uniesieniem, rozkosznym ciepłem, rozchodzącym się po całym ciele. Dreszczem ekstazy, szybszym biciem serca, krwią krążącą coraz szybciej w żyłach. Pragnieniem, które buzowało coraz szybciej w ciele. Smak skóry pod wargami. Pulsującej pożądaniem, gorącej i zniewalającej. Pragnęła go jak nikogo. Kusił ją i uwodził. Nikt inny nie potrafił dać takiej rozkoszy. Jego usta, dłonie, dotyk tak zachłanny i oddany tylko jej. Tylko dla niej. Cudowny w swym zatraceniu i porywający ją za sobą na samo dno, by potem móc wybić się na niebiosa. Wręcz uzależniający.
Grzmot nad głową przywrócił ją do rzeczywistości. Kierując się wciąż wszechobecnym, w stojącym niemal dookoła niej, gorącym, wilgotnym powietrzu zapachem, rozejrzała się. Dostrzegła w tłumie wysoką, ciemnowłosą sylwetkę. Serce w niej zamarło. Zimny dreszcz przeszedł po plecach. Czy to mógł być on? To przecież niemożliwe. Tęsknota zabolała jak ukrycie tysiąca ostrzy. Kolejny grzmot wstrząsnął eterem i nagle znad oceanu powiat zimny wiatr. Spojrzała w kierunku skłębionych obłoków. A gdy odwróciła wzrok, zniknął. Czy to był naprawdę on? Czy tylko wspomnienie, obudzone tak nagle, wywołało go z nicości. Z pamięci o uczuciu zbyt gorącym i namiętnym, a przez to zbyt destrukcyjnym, by móc przetrwać? By miało prawo istnieć, nie niszcząc ich oboje przy tym? Miłość, która złamała im serca, nie mogła przetrwać przecież. Westchnęła. A jednak wciąż go kochała, zawsze i desperacko pragnęła być z nim. Wchodząc na stację metra, usłyszała jeszcze nagły szum ulewy. Nie przyniosła ona jednak żadnej ulgi. Przynajmniej nie jej.

https://www.facebook.com/trylogiauczuc/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *