Przeskocz do treści

1



Koty spadają z nieba.
1 sierpnia.
„Popołudnia w sierpniu pachną już jesienią” – M. Musierowicz – „Ida sierpniowa”
Zawsze lubiłam ten cytat. To stwierdzenie. I chociaż sierpień to „pełną gębą” lato – coś w tym jest. Nagrzane od słońca trawy, zapach skoszonych pól – bo żniwa – wszystko to jest preludium do nadchodzącej jesieni – mojej ukochanej pory roku. I jedyne co mi w niej przeszkadza to szybko zapadająca ciemność. jednak i to ma swoje plusy, ponieważ uwielbiam świece, ogień i można wykorzystać wczesny zmierzch, by się tym cieszyć. I choć ostatnio przyroda poprzestawiała się zupełnie i nijak już nie wiemy jakie będą pory roku, cieszę się niemal każdą z nich. Jest coś w życiu zgodnym z rytmem pór roku, w życiu zgodnym z prawami natury i choć od zawsze o tym wiemy, jakoś w codziennej bieganinie zapominamy, że nosi nas nasza kochana Ziemia. I bez względu na to czym tego lata sierpniowe popołudnia zapachną dla nas, ja zawsze z nostalgią i tęsknota będę wyglądać nadchodzącej jesieni. Ucieszę się z czerwieniących się coraz bardziej jarzębin. I nie – nie ma mi żal odchodzącego lata. Wróci do nas „za rok” 😀
Miłego sierpnia kochani!

1


Koty spadają z nieba.
6 czerwca
Działać bez względu na okoliczności.
 
Odkąd zaczęłam pisać… Nie! Odkąd zaczęłam pracę zawodową, a raczej od czasu, gdy stała się ona obowiązkiem, a nie przyjemnością, zawsze chciałam tylko jednego. Móc mieć czas dla siebie. Jak to by było fajnie, prawda? Budzić się jak się człowiek wyśpi. Popijać leniwie kawę. Otworzyć okno na oścież by wpuścić poranne słońce i cieszyć się chwilą. Robić co się podoba, a nie to co się musi. Mieć czas. Pisać. Mieć psychiczny luz.
I niespodziewanie za sprawą pandemii dostałam to, czego bym normalnie nigdy nie miała. No – może na emeryturze – jak jej doczekam. Ale czy wtedy by mi się jeszcze chciało, tak jak teraz? No nie sądzę!
I wiecie co? Uważajcie o czy marzycie – serio!
Przez te niemal 3 miesiące (o zgrozo! ¼ roku!) miałam napady szaleńczej weny po – co zdarzało się częściej – stany totalnego lenistwa.
I robiłam tylko te minimum, które zrobić musiałam. Naprawdę!
Na palcach jednej ręki policzyć mogę dni, które spędzałam tak jak sobie kiedyś wyobrażałam.
Teraz, gdy już wróciłam do pracy, a wolny czas skrócił się do kilku zaledwie godzin popołudniowych i wieczornych, lub tych skradzionych kosztem snu widzę, że to nie wolne jest mi potrzebne. I że marnować czas można bez względu na to ile się go ma. Lub wykorzystać. Działać. Ale tak codziennie, bez względu na to co dookoła nas. Co nas dotyka. Bo czas ucieka i z każdym dniem mamy go coraz mniej. I nikt nie wie ile nam go zostało. Nie mówić sobie: jutro, potem, później - bo jutra czy później może nie być.
Tylko, jak pokonać swoje słabości? Zabić lenia jakiego w sobie hoduję? Znaleźć odpowiedź na pytanie:
Czy jestem kobietą czynu i biorę los w swoje ręce? Czy jestem leniem?
I nie zadawać sobie pytań: co pośrodku?
Bo pośrodku jest bardzo długa droga, której końca nikt nie zna!
Budda powiedział: …zawsze można zacząć od nowa w dniu dzisiejszym…